Aktualności Dla uczestników SłoniuMultimediaKontakt
Sponsorzy










Partnerzy









Patroni medialni







Słoniu

dscn1721__kopia_01

 

Artur Hajzer - Lodowy Kierownik (1962 - 2013)

 

„Świat potrzebuje ryzykantów. Inspirują, rzucają wyzwanie, zachęcają. Wzniecają iskry i rozpalają płomienie, które płoną jeszcze długo po ich śmierci. Mają odwagę robić to, co wydaje się niemożliwe. Ale nie bez kosztów” – Maria Coffey „Mroczna strona gór”.

Świat potrzebuje takich ludzi jak Artur Hajzer.

„Każdy zna jakąś jego twarz. Jedną lub kilka” – powiedziała o swoim mężu i najlepszym przyjacielu Izabela Hajzer. I faktycznie życiorysem Artura Hajzera dałoby się obdzielić kilka osób. Był wspinaczem najwyższej klasy, zdobywcą siedmiu ośmiotysięczników, odnoszącym sukcesy biznesmenem, pomysłodawcą oraz głównym dowodzącym programu Polski Himalaizm Zimowy (obecnie Polskie Himalaje), dzięki któremu Polacy znowu wyruszyli na ośmiotysięczniki zimą. Nawet, jeśli nie wszystkie cele, które sobie stawiał, udało się zrealizować z sukcesem – nie poddawał się. Słynął z uporu, ciętego dowcipu oraz z chęci dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniami.

Zginął 7 lipca 2013 roku w trakcie odwrotu z Gaszerbrumu I, jednego z dwóch ośmiotysięczników, które planował zdobyć tego lata dla „podtrzymania formy i kontaktu z wysokością przed ewentualnymi wyprawami zimowymi w latach następnych”. Pożegnaliśmy go 24 lipca w archikatedrze w Katowicach, w tej samej, w której 24 lata wcześniej odbyła się msza za Jerzego Kukuczkę.

 

Dlaczego Słoń?

 

Artur Hajzer od młodzieńczych lat związany był ze śląskim środowiskiem wspinaczkowym, w którym miał ksywę „Słoń”. Wspinać zaczął się jako 14-latek w Harcerskim Klubie Taternickim. Kurs tatrzański, czyli tzw. Betlejemkę, ukończył w wieku 16 lat. Już wtedy odznaczał się sportowym nastawieniem. Przeszedł wiele dróg na Kazalnicy Mięguszowieckiej, na Ganku i innych ścianach, a w Alpach kilka trudnych dróg w masywie Mont Blanc, m.in. na Petit Dru i Mont Blanc du Tacul.

Późniejsza kariera wspinaczkowa Artura Hajzera związana była z katowickim Klubem Wysokogórskim, nazywanym w tym czasie „najlepszym klubem himalajskim na świecie”, ponieważ tu właśnie działali m.in. Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki czy Ryszard Pawłowski.

„Byliśmy w Klubie Wysokogórskim jedną wielką rodziną. Życie koncentrowało się wokół klubu. Spędzaliśmy czas nie tylko na wyjazdach w skałki czy wyprawach w góry, ale razem pracowaliśmy, bankietowaliśmy, chodziliśmy na koncerty. Artur był w klubie postacią znaczącą. Był jednym z tych młodych, którzy się dobrze zapowiadają – i nie skończyło się na zapowiedziach, ponieważ do 30. roku życia sporo osiągnął” – wspomina Janusz Majer, który od 1980 był prezesem Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, a obecnie jest jego honorowym członkiem.

Artur Hajzer był nie tylko wyróżniającym się wspinaczem, ale także obrotnym i zdolnym… krawcem. Dla siebie i wspinających się kolegów szył wszystko: od uprzęży przez plecaki po odzież i kurtki puchowe. Doświadczenia bezcenne, biorąc pod uwagę, że był potem jednym z pionierów polskiej branży outdoorowej. Nieobce były mu także doświadczenia malarskie – głównie te wysokościowe.

„Dzień podobny był do dnia: od rana do wieczora nie wypuszczaliśmy z ręki malarskiego wałka. Na szczęście weekendy spędzaliśmy w skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, poświęcając cały czas szlifowaniu wspinaczkowej formy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, w jakich górach przyjdzie nam tę formę sprawdzić” – tak Artur Hajzer wspominał lato 1982 roku w swojej książce „Atak rozpaczy”.

I właśnie w tym roku, czyli w wieku 20 lat, rozpoczął swoją himalajską przygodę, od wyjazdu w rejon Rolwaling Himal. Rok później wziął udział w wyprawie na Tirich Mir, najwyższy szczyt Hindukuszu (7706 m n.p.m.). W 1985 roku Słoń podjął pierwszą próbę zmierzenia się z południową ścianą Lhotse. Klubowa wyprawa była już na wysokości obozu V, gdy dołączył do niej jeszcze jeden przedstawiciel środowiska katowickiego – Jerzy Kukuczka.

Niestety, choć na tej wyprawie Hajzer poznał swojego idola i przyszłego partnera wspinaczkowego, to stracił także dotychczasowego kompana. Na Lhotse zginął Rafał Chołda, o którym pisał, że „od czasu, gdy pierwszy raz związali się liną w 1981 roku, podążali tą samą drogą”. Wyprawa nie zakończyła się sukcesem. Niejako z marszu wyruszył na kolejną, tym razem zimową wyprawę na Kanczendzongę. Po raz kolejny nie stanął na szczycie i po raz kolejny doświadczył w górach śmierci, tym razem Andrzeja Czoka.

 

Partner Jerzego Kukuczki

 

Gdy szuka się określeń, które opisywałyby Artura Hajzera, jednym z pierwszych jest zawsze „partner Jurka Kukuczki”. Mimo że ich pierwsza wspólna wyprawa nie należała do udanych, po Lhotse Hajzer poczuł się pewniej.

„Zacząłem wierzyć we własne siły. Uświadomiłem sobie, że moje pierwsze kroki są analogiczne do tego, co przed kilku laty robił Jurek. […] W końcu nabrałem przekonania, że przegrana na Lhotse nie przesądza o wszystkim, i następnym razem – jak świadczy o tym kariera Jurka – powinno być lepiej” – wspominał po latach. I było. Zresztą razem z Jerzym Kukuczką.

– Może pojechałbyś ze mną na wyprawę? Potrzebuję partnera. Co ty na to?

– Ja na to jak na lato, wchodzę w ciemno – odpowiedział Kukusiowi Słoń.

„To było dla Artura bardzo nobilitujące. Bardzo się cieszył. Jurek Kukuczka zaproponował Arturowi, że jeśli zorganizuje wyprawę na Manaslu i zimową na Annapurnę, to będą się razem wspinać. I tak się stało, dlatego Artur nie zdecydował się wtedy jechać z nami na drogę Magic Line na K2” – opowiada Janusz Majer.

„Wyprawa na Manaslu (8156 m) była najtrudniejszą spośród naszych, czyli moich i Jurka, wspólnych ekspedycji, które zakończyły się sukcesem. Odbyła się jesienią 1986 roku. Jeszcze w tym samym sezonie zaatakować mieliśmy południową ścianę Annapurny (8091 m)” – pisał Hajzer. 3 lutego 1987 roku dokonali pierwszego zimowego wejścia na ten ośmiotysięcznik.

Kolejną ich wspólną wyprawą był letni wyjazd na Sziszapangmę w sierpniu 1987 roku, podczas którego udało się wytyczyć nową drogę na zachodniej grani. W tym samym roku Artur Hajzer po raz kolejny podjął wyzwanie południowej ściany Lhotse, na międzynarodowej wyprawie zorganizowanej przez Krzysztofa Wielickiego. Nie udało się. W 1988 roku znowu towarzyszył Jurkowi Kukuczce – tym razem podczas wejścia nową drogą na Annapurnę Wschodnią. Rok później Hajzer po raz trzeci powrócił na południową ścianę Lhotse. Międzynarodową wyprawę organizował tym razem „największy rywal” Kukuczki, Reinhold Messner.

„Po tej wyprawie uznałem, że kolejne próby to strata czasu” – pisał w „Ataku rozpaczy”. I dlatego nie towarzyszył Kukuczce w jego próbie. „Było widać, że Artur dorównał już swojemu mistrzowi i że odezwała się jego ambicja. Chciał realizować własne projekty górskie” – wspomina Janusz Majer. 24 października 1989 roku Jerzy Kukuczka odpadł od ściany i zginął na południowej ścianie Lhotse. Artur Hajzer na długi czas zrezygnował ze wspinania.

„Po śmierci Jurka Kukuczki dochodziłem do siebie 15 lat” – tylko tyle powiedział mi o tym wydarzeniu i wyłączył się na chwilę z rozmowy. Wyglądał, jakby nie mówił o czymś sprzed lat, tylko przeżywał informację, która właśnie nadeszła. Gdy już w ramach PHZ powrócił na Lhotse, mówił, że była to „rozmowa z duchami”.

 

Ratujący i ratowany

 

Jeśli cofniemy się pamięcią to rok 1989 był dla polskiego himalaizmu tak samo tragiczny jak ten, w którym odszedł Słoń (w 2013 na zimowej wyprawie na Broad zginęli także Maciej Berbeka i Tomek Kowalski). W 1989 podczas wyprawy na Mount Everest w lawinie na przełęczy Lho La zginęło pięciu wybitnych wspinaczy: Eugeniusz Chrobak (kierownik wyprawy), Zygmunt Andrzej Heinrich, Mirosław „Falco” Dąsal, Wacław Otręba i Mirosław Gardzielewski. Ocalał jedynie Andrzej Marciniak, który cierpiąc na ślepotę śnieżną, oczekiwał ratunku. Artur Hajzer był wtedy w Katmandu. Bez wahania zajął się organizowaniem skomplikowanej akcji ratunkowej od strony chińskiej, bo tylko ta wchodziła w grę.

„W tym czasie trwały protesty na placu Tiananmen. Granice były szczelnie zamknięte. Potrzebny był nacisk ze strony ambasady amerykańskiej. Organizacja tej akcji była chyba trudniejsza niż akcja sama w sobie. Ale dostałem zlecenie od Janusza Majera, że albo coś zrobię, albo jest pozamiatane. W takich sytuacjach nie ma się co długo zastanawiać, bo będzie po sprawie” – wspominał Artur Hajzer.

„Wydawało mi się, że jest to jedyna osoba, która w tak skomplikowanej sytuacji będzie umiała zorganizować akcję ratunkową. Mimo że w bazie byli bardzo dobrzy wspinacze, sytuacja lawinowa uniemożliwiała dojście z naszej strony. Pozostawało tylko rozwiązanie niekonwencjonalne. Dla Artura to było wyzwanie, czyli kwintesencja jego postępowania, życia. Od razu zaczął działać. Gadał z Messnerem, Messner gadał z ambasadorem włoskim, który następnego dnia grał w tenisa z ambasadorem rosyjskim… Chodziło o to, żeby dotrzeć do Chińczyków i uzyskać zgodę na akcję” – tłumaczy Janusz Majer.

Za brawurową akcję ratunkową na Evereście Artur Hajzer otrzymał nagrodę Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego. 20 lat po tym wydarzeniu Andrzej Marciniak zginął podczas wspinaczki w Tatrach. Pytany o to, Artur Hajzer podkreślał, że najważniejsze, iż udało mu się podarować te 20 dodatkowych lat.

Jednak Artur Hajzer nie tylko ratował ludzi, ale także i był przez nich ratowany z opresji. W 2005 roku na Broad Peaku złamał nogę na wysokości prawie 8000 metrów. Akcją ratunkową pokierował wówczas wspinający się z nim Piotr Pustelnik.

W lutym 2008 roku został porwany przez lawinę na południowej grani Ciemniaka w Tatrach Zachodnich. Udało mu się utrzymać blisko powierzchni i dzięki sprawnej akcji TOPR-u wyszedł z tego wypadku bez obrażeń, a wręcz dorabiając się mitu, że zawsze spada na cztery łapy. Za poruszanie się poza wyznaczonym szlakiem turystycznym dyrekcja TPN-u ukarała go symbolicznym upomnieniem.

Luty 2008, Tatry, cel: przejście grani Tatr Zachodnich non stop. Idę z trzema doświadczonymi himalaistami. Czuję się bezpiecznie. Mija 22. godzina marszu, jesteśmy na podejściu na Ciemniak. Artur idzie pierwszy, nagle znika. Nerwówka – Piotrek próbuje złapać zasięg i powiadomić TOPR, Darek zbiega w dół. Udało się, TOPR zawiadomiony, przylecą. Słysząc helikopter, schodzimy wolno w milczeniu. Mijają minuty. Nagle dźwięk SMS-a. To Artur: „Żyję”. Pierwsza myśl: „Artur, jesteś niezniszczalny”. Ta myśl towarzyszy mi i dziś – wspomina himalaistka Tamara Styś.

 

Biznesmen

 

Po roku 1989 Artur Hajzer wycofał się z czynnego wspinania i wspólnie z Januszem Majerem zajął się działalnością biznesową. Tak zrodziła się kultowa w latach 90. marka Alpinus.

„Po akcji na Evereście Artur wymyślił sobie 14 ośmiotysięczników w jeden rok. Mieliśmy mieć na ten cel milion dolarów. Kompletowaliśmy zezwolenia. Prace organizacyjne były zaawansowane. Już nawet wizytówki były. Jesienią’89 roku, gdy Jurek był na Lhotse, pojechaliśmy z Arturem na ISPO szukać sponsora na nasz projekt. Rozmawialiśmy między innymi z Albrechtem von Dewitzem, twórcą Vaude, dużej niemieckiej marki outdoorowej.
W efekcie nie pozyskaliśmy sponsora na projekt himalajski, ale znaleźliśmy partnera do biznesu”
– opowiada Janusz Majer.

„Najpierw szyliśmy dla Vaude, a potem już dla Alpinusa. Od Vaude dostaliśmy know-how. Naszą zaletą było to, że doskonale znaliśmy się na produkcie. Nasze wyroby słynęły z dobrej jakości. Do dzisiaj spotykam ludzi w naszych kurtkach z lat 90. – dodaje.

Wysokiej jakości materiały oraz zaawansowane technologie, a jednocześnie jeszcze nie tak rozbudzone zainteresowanie Polaków outdoorem miały wpływ na to, że marka popadła w tarapaty finansowe i zbankrutowała. Jej twórcy nie zrazili się jednak. Kolejnym wspólnym projektem Hajzera i Majera została bardziej przystępna cenowo marka HiMountain, której produkty właściwie na każdym kroku widać w polskich górach.

„Mieliśmy już doświadczenie upadku poprzedniej naszej firmy, więc tworząc HiMountain, staraliśmy się wyeliminować przyczyny wcześniejszego niepowodzenia. Natomiast nie rezygnowaliśmy z jakości. Artur był w pracy bardzo kreatywny i śledził wszystkie trendy na rynku. Potrafił budować zespół i wymyślać projekty, wokół realizacji których ludzie się chętnie skupiali” – mówi Janusz Majer.

Po 15 latach w branży dotarło do Artura Hajzera, że „bez gór nie potrafi spokojnie żyć”. Powrócił w 2005 roku. Najpierw, niejako z marszu, pojechał z Piotrem Pustelnikiem na Broad Peak, potem z Robertem Szymczakiem na Dhaulagiri.


Lider wypraw zimowych

 

Biznesowe podejście można też odnaleźć w sposobie funkcjonowania programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 który według słów samego Artura Hajzera zrodził się z potrzeby przekonania Polskiego Związku Alpinizmu do dofinansowania wypraw w góry najwyższe.

„To, że program istnieje, zależy w 90 procentach od pracy biurowo-menadżerskiej i powinienem kiedyś opisać, jak to wygląda zza biurka” – żartował Hajzer.

A wyglądało to tak: 14 listopada 2009 roku zjawiła się u niego trójka kandydatów na himalaistów: Arek Grządziel, Jacek Czech i Irek Waluga. Następnego dnia upływał termin składania wniosków o dofinansowanie wypraw.

„Wiadomo było, że PZA nie da ani złotówki na normalną drogę nawet zimą, jeżeli sukces nie rokuje – dopiero co dostałem odmowę: ja i Robert Szymczak na zimowy Broad Peak 2008/09. Wtedy wymyśliłem, że napiszę program, w którym nie tyle chodzi teraz o normalną drogę, ile o zimowe wejścia w latach następnych” – wspominał Hajzer.

Pomysł zaskoczył i w maju 2010 roku udało się już w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 wyjechać na Nanga Parbat. Artur Hajzer stanął wówczas na szczycie wraz z Robertem Szymczakiem, a w drugim ataku spośród młodej kadry dokonał tego Marcin Kaczkan. „Młodzi” sprawdzili się też podczas biegu Elbrus Race. Z rekordowymi wynikami zakończyli go Andrzej Bargiel i Ola Dzik.

Sukcesów zabrakło podczas zimowej wyprawy na Broad Peak. Nie do końca po myśli Hajzera ułożyła się też jesienna wyprawa na Makalu. Choć 30 września 2011 udało mu się zdobyć szczyt, to podczas dramatycznego, trwającego pięć dni zejścia poważnych odmrożeń doznali Maciej Stańczak i Tomasz Wolfart. Od tej pory do Artura Hajzera coraz częściej przyklejano łatkę osoby „narażającej młodych”. Choć bolesne były dla niego uwagi o „przedszkolu Hajzera”, wierzył, że gdy nadejdzie długo wyczekiwany sukces, uda się także wygrać przychylność mediów oraz społeczeństwa. Tym sukcesem okazało się zimowe wejście na Gaszerbrum I, którego w marcu 2012 roku dokonali Adam Bielecki i Janusz Gołąb. Hajzera-kierownika rozpierała duma. Mógł planować kolejne wyprawy unifikacyjne, testować kolejnych zawodników, a nawet myśleć o zimowej wyprawie na K2. Pojawił się sponsor, a nawet patronat prezydenta.

„W efekcie poszły kolejne wyprawy: wiosenna na Manaslu, letnia na K2 i jesienna na Lhotse. Trzy wyprawy unifikacyjne w ciągu jednego roku! Nigdy w historii polskiego himalaizmu nie było takiego dostępu do gór najwyższych” – ten okres Artur Hajzer wspominał z radością. Podczas wyprawy na Lhotse wytypował kolejnego zawodnika, który razem z Adamem Bieleckim miał szansę powalczyć o zimowe cele. Był nim Artur Małek.

„Zanim przystąpiłem do PHZ, razem ze swoim partnerem wspinaczkowym Mateuszem Groblem przyglądaliśmy się programowi. Przyznaję, że miałem trochę sceptyczne podejście do Artura Hajzera i ludzi, których przyjmuje do PHZ na wyprawy unifikacyjne. Zawsze wydawało mi się, że byli to specjaliści od triathlonu czy biegów przygodowych, rzadko prawdziwi wspinacze. Dziwiło mnie to i nie zachęcało. Ale nie chciałem wydawać takich sądów bez wiedzy i zgłębienia tematu, co to jest ten Himalaizm” – wspomina Małek.

„Gdy zacząłem mieć osobisty kontakt z Arturem, zobaczyłem zupełnie inny obraz, niż mi się początkowo wydawało. To był rok intensywnej znajomości. Kiedy się z kimś siedzi dwa miesiące na wyprawie, spadają wszystkie maski. On bardzo potrzebował do programu wspinaczy, ale prawie nikt taki się do niego nie zgłaszał. Niesamowite było to, że za czasów Artura Hajzera, gdy ktoś chciał pojechać na ośmiotysięcznik, to wystarczyło, żeby miał odpowiedni wykaz przejść i powiedział, że chce jechać. Jeszcze nigdy młodzi nie mieli tak łatwego dostępu do gór wysokich. Jeśli ktoś był wspinaczem, chciał się sprawdzić i pojechać zimą, to mógł jechać. Chyba od 20 lat nikt tak nie przybliżył gór wysokich dla młodych. Dawał szansę i możliwości jej wykorzystania” – zwraca uwagę młody himalaista.

Tak jak Małek przyznaje się, że początkowo źle ocenił Artura Hajzera – ten drugi od początku miał nosa, że młody się sprawdzi, i dołączył go do składu zimowej wyprawy na Broad Peak obok będącego już wtedy gwiazdą himalaizmu Adama Bieleckiego, zasłużonego nestora Macieja Berbeki oraz debiutującego na ośmiu tysiącach Tomka Kowalskiego. W roli kierownika jechał tym razem Krzysztof Wielicki. Przebieg wyprawy – jej sukces, a później dramatyczny zwrot – Artur Hajzer śledził z Polski. Na Broad Peaku na zawsze pozostali Berbeka i Kowalski. Powtórzyła się sytuacja z Makalu – na Artura Hajzera spadła lawina krytyki…

Gdy w kwietniu na Dhaulagiri wyruszyła kolejna wyprawa unifikacyjna, Hajzer wciąż jeszcze tłumaczył się z Broad Peaku. Wyjazd na Gaszerbrumy mógł jawić się jako próba ucieczki przed całym światem. Po części na pewno umożliwił mu on odcięcie się od medialnych przekazów oraz internetowych polemik, ale był także kolejnym krokiem na drodze do zimowej wyprawy na K2. Krokiem niespodziewanie przerwanym…

„Najważniejsza lekcja od Artura Hajzera to chyba ta na Gaszerbrumie, kiedy zginął. To była jego ostatnia lekcja na temat gór wysokich. To, że ludzie w górach giną, nawet ci najlepsi” – mówi Małek.

 

Mentor

 

Nie wywyższał się, nie budował dystansu i przede wszystkim nie mówił, że „za jego czasów było lepiej”. To zgodnie podkreślają wszyscy wspinacze młodego pokolenia, którym dane było uczyć się pod okiem Artura Hajzera. Skąd taka otwartość na młodych? Może wynikała ona z tego, że sam doskonale pamiętał, jak to jest być „żółtodziobem” aspirującym do pierwszej ligi.

Nasze kontakty z wielkimi miały jednak charakter oficjalny i grzecznościowy […]. Żółtodzioby, pozbawione prawa głosu, zajmowały miejsca w drugiej linii, na podłodze” – pisał w swoich wspomnieniach.

„Chyba ciężko było mu pogodzić role – jednocześnie kumpla i mentora. Jego żarty i poczucie humoru budowały atmosferę kumpelską, ale nie zapominał, że jest też kierownikiem. Artur ze swoim wykazem przejść wzbudzał powszechny szacunek i był kierownikiem z prawdziwego zdarzenia. Zdarzało się, że był nawet dosyć surowy i zdecydowany. U niego styl demokratyczny przeplatał się z autorytarnym, w zależności od potrzeby. Potrafił podjąć decyzję i uzyskać posłuch, budził respekt. Ze swoim doświadczeniem miał predyspozycje, żeby być kierownikiem dyrektywnym. A chcąc zarządzać wyprawą himalaistów z mniejszym doświadczeniem czy prowadzić taki program jak PHZ, trzeba być liderem” – wspomina Ola Dzik, która mimo młodego wieku zna już dobrze dylematy kierowania wyprawą. W 2013 roku kierowała ekspedycją na Nanga Parbat, której bazę zaatakowali terroryści.

„Artur był typem kierownika, który nie mówił, co mamy robić, tylko pytał, co byśmy zrobili. Jeśli widział, że robiliśmy coś źle, sugerował inny sposób. Dokładnie obserwował każdy nasz ruch, każdą decyzję. Ale przede wszystkim zmuszał nas do samodzielnego myślenia, dzięki czemu szybciej się uczyliśmy. Był kierownikiem szkoły naturalnej – naturalnej szkoły himalaizmu. Sprawował pieczę, ale nic nie narzucał. Wszystko ustalane było poprzez rozmowy, których w mesie było bardzo dużo. A do tego był człowiekiem, który się nie nudził. Przy nas nauczył się nepalskiego, a dokładnie języka Szerpów. Ćwiczył, mówił i pisał, a pod koniec wyprawy nawet czytał w tym języku. Słuchał tego, co ludzie mają do powiedzenia. Dopuszczał głosy krytyków: co wyjazd korygował i ulepszał program PHZ” – dodaje Artur Małek.

I choć Artur Hajzer przedstawiany jest przede wszystkim jako nauczyciel młodego pokolenia himalaistów oraz pokoleniowy pośrednik, on sam też bardzo chętnie uczył się tego, co nowe.

„Niezwykle łatwo nawiązywał kontakt z nową grupą wspinaczy. Potrafił z młodymi rozmawiać, wymieniać maile, był aktywny na Facebooku, bardzo otwarty na nowości i na wiedzę. Ponieważ miał przerwę we wspinaniu, to potem chłonął wiedzę. Dzięki doświadczeniom jego wypraw stale ulepszaliśmy sprzęt. Nikt w środowisku wspinaczkowym tak nie łączył pokoleń” – uważa Janusz Majer.

 

Biegacz

 

Wydawało się, że na Hajzera nie ma mocnych. Była jednak jedna dziedzina, w której nie krył swoich słabości. Biegał. Gdy czyta się jego relacje z Poznańskiego Maratonu pt. „Jak pokonałem maraton”, ma się wrażenie, że miejscami to maraton był bliższy pokonania Słonia:

„Pomny deprymujących doświadczeń z półmaratonu 4energy, gdzie wszyscy od początku do końca mnie wyprzedzali - ustawiłem się tym razem z tyłu. Wahałem się czy ustawić się przy zającach/balonikach na 4h (w półmaratonie miałem 2h 03') czy też nie przesadzać i ustawić się na 4.30. Marzyło mi się powalczenie o złamanie 4 h, nie chciałem być ciemięgą na 4.30.(...)

Teraz był przede mną wielokilometrowy prosty odcinek ul. Warszawskiej. Biegłem równo aż gdzieś pod koniec wzniesienia usłyszałem za sobą równie równy zbiorowy oddech typu lokomotywa grupy 4.30...wzięli mnie.

Grupa na 4.30.

Do 30 kilometra siedziałem im na ogonie ale nagle ciało od pasa w dół się wyłączyło. Skurcze w pośladkach, w górnej części ud, po obu stronach bioder sprowadziły mnie do marszu przez ok 30 sekund. Po rozmasowaniu znowu biegłem, ale nie więcej niż 3-5 min i znowu musiałem przystanąć, bolało, zaczęła się walka o to żeby w ogóle ukończyć maraton.

Tętno było 154.
Otępiałe spojrzenie.

No i zaczęło się wyprzedzanie. Grupa na 4.30 dawno zniknęła teraz kolejno (jak na pólmaratonie) zaczęła mnie wyprzedzać plejada indywidułów.

Nie było co prawda klubu Zadyszka Oświęcim ale był Truchtacz, no i Człapak a do tego jeszcze parę klubów AA, niewidomi z przewodnikami i facet z wózkiem z rocznym dzieckiem – tego już było dość i wózka się już trzymałem – tym bardziej, że dziecko płakało i musiały być postoje na karmienie (ale gościu i tak był na mecie przede mną)”.

 

Marzyciel

 

Artur Hajzer nigdy nie ukrywał, że reaktywacja himalaizmu zimowego w Polsce to nie tylko patriotyczna i sportowa idea, którą pożyczył od Andrzeja Zawady i Krzysztofa Wielickiego, ale także jego własna ambicja. Chodziło mu zwłaszcza o zimowe K2. Była to ostatnia wyprawa, którą chciał pokierować. Tak wysoko zawieszona poprzeczka – choć stwarzała okazję do krytyki – nikogo jednak nie dziwiła. I miejmy nadzieję, że polscy wspinacze faktycznie zrealizują to hajzerowe marzenie i staną zimą na lodowej piramidzie K2, a przede wszystkim wrócą potem bezpiecznie do domu...

Każdy znał jakąś twarz Artura Hajzera – dziś każdy próbuje odrobić jakąś z lekcji, które od niego dostał. „Bo to historia, bo to marzenia, bo to historia godna przypomnienia” – fragment piosenki „Marzenia” DKA stał się niemal od razu hymnem organizowanego w Chorzowie Biegu dla Słonia, upamiętniającego Artura Hajzera. Pokazuje też, że nawet dla ludzi, którzy niewiele w życiu mają wspólnego z górami najwyższymi, to, że Polacy ponownie podjęli się zimowej eksploracji, ma ogromne znaczenie. Za sprawą Hajzera nikt raczej nie powie o himalaizmie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Znamy i jesteśmy dumni. Dlatego biegniemy!

Jagoda Mytych
Tekst po raz pierwszy opublikowany w magazynie „n.p.m.” (wrzesień 2013)